Warszawskie lovestory

Zacznijmy od tego, że fotograf też człowiek. Poznaje, ewoluuje, dojrzewa, zmienia perspektywę – szczególnie to ostatnie w przypadku fotografii ma ogromne znaczenie. Tak też się stało ze mną. Nadszedł moment, w którym otworzyłem się na fotografię rodzinną. Można by powiedzieć, że dziwne w sytuacji, gdy jestem ojcem czternastolatki
i blisko półrocznego chłopca. Jednak, być fotografem we własnym domu to jedno, a umieć odnaleźć się w realiach tak naprawdę obcej rodziny, to zupełnie inna rzecz.

W tym przypadku jednak było trochę łatwiej. Rodzina nie była obca. Z Kamilą, mamą Zuzi, narzeczoną Piotra, pierwszą sesję zdjęciową zrealizowałem w 2012 roku. Tylko i wyłącznie na dowód mojej dobrej pamięci dodam, że to był czwartek. Wówczas towarzyszyła nam również Patrycja Marciniak, wyjątkowo zdolna i sprawna wizażystka, której działania obecnie możecie obserwować na Instagramie. Jednak, nie bądźcie zdziwieni, obecnie Patrycja zajmuje się czymś zupełnie innym. Polecam jednak sprawdzić, na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Pomysł wykonania sesji rodzinnej pojawił się u mnie dość niespodziewanie. Pewnego wieczora moja żona podrzuciła takie hasło i przyznam szczerze, że początkowo podszedłem do tego dość sceptycznie. Ja i fotografia rodzinna? Tego nigdy nie było w planach. Potem coś zaskoczyło. Przecież ja tu mam gotowy temat! Jest Zuzia, pocieszny bobas, zaledwie miesiąc młodszy od mojego syna Leona. Jest mama, z którą już miałem okazję pracować i to były bezwzględnie udane zdjęcia. Nie było więc nad czym się zastanawiać. Odezwałem się do Kamili z propozycją zrealizowania takiej sesji. Zgodziła się od razu i nie wiele później spotkaliśmy się w czwórkę, czyli Ich Troje (dobra,
to było celowe) i ja w ogrodach pod Zamkiem Królewskim w Warszawie. Świetnie się złożyło, ponieważ tego dnia Kamila obchodziła urodziny i z tej okazji Piotr wziął wolne. Tak więc była cała rodzinka w komplecie. Przy okazji trzeba powiedzieć, że Piotr, którego znałem tylko ze zdjęć okazał się bardzo fajnym człowiekiem. Posiada nie tylko pokaźne poczucie humoru, ale też ogromną wiedzę na temat Warszawy. Nie ma czemu się dziwić, jest przewodnikiem i zna takie historie, o jakich nie śniło by się ani mi, ani Wam. Tak więc, jeśli będziecie chcieli poznać miasto od podszewki, dajcie znać, skontaktuję Was z nim. A co najważniejsze, ma potężnego świra na punkcie swojej córki. Ja to doskonale rozumiem!

Teraz o sesji. Trzeba przyznać, że nie było łatwo. Słońce odpuszczało z oporem i naprawdę na krótko. Przed południem niebo było zachmurzone i miałem nadzieję, że tak pozostanie. Przy panującej wówczas temperaturze warunki zdawały się idealne. Chmury jednak się przerzedziły i zaczęły coraz więcej pola oddawać słońcu, które dość mocno prażyło. Ponieważ sesja miała mieć charakter piknikowy, najlepszym miejscem była idealnie przystrzyżona trawa w ogrodzie, tak więc byliśmy całkowicie odsłonięci. Zapewnienie dziecku odrobiny cienia wymagało trochę gimnastyki. Jednak przy pomocy blendy o wysokości 180 cm daliśmy sobie z tym radę. Od strony technicznej byłem przygotowany na dwie opcje. Jeśli chodzi o kwestie sprzętowe, całą sesję wykonałem Canonem 5D Mark IV z obiektywem Canon 85/1,4 L. Byłem też przygotowany na błyskanie w plenerze, ale w tych warunkach było to zbędne. Światła mieliśmy momentami nadmiar.

Zaczęliśmy spokojnie, jednak szybko się okazało, że trzeba działać sprawnie. Zuzia nie była w najlepszym nastroju. Mama z córką, tata z córką, cała trójka, staraliśmy się uwijać sprawnie. W międzyczasie robiliśmy przerwy, żeby maleństwa nadmiernie nie męczyć. Zanim jednak solidnie się rozpędziliśmy, Zuzia zasnęła. I w zasadzie nie ma co mieć jej tego za złe. Raz, że ma swoje prawa. Dwa, dzięki temu powstały inne, bardzo sympatyczne zdjęcia. Spotkanie od samego początku przebiegało w świetnej, bardzo pozytywnej atmosferze. Dopełnieniem tego był ogrom pozytywnych emocji i uczuć jakimi darzą się wzajemnie Kamila i Piotr, i jakimi obdarowują swoje dziecko. To była jedna z tych sesji zdjęciowych, które nazywa się przeżyciem. Zdjęcia, które z punktu widzenia fotografa są najważniejsze robiły się same. I co najważniejsze, są naturalne, autentyczne, żadnego pozowania na siłę. Oni byli ze sobą, dla siebie i swojego dziecka, a ja miałem przyjemność ujmowania tego w kadrach.

Skoro najmłodsza modelka zasnęła, stwierdziliśmy, że zrobimy trochę zdjęć Kamili i Piotrowi. Dawno nie miałem przyjemności pracować z tak autentycznymi, nieskrępowanymi ludźmi. Można powiedzieć, że robili co chcieli. Raz było uczuciowo, innym razem wygłupiali się i stroili dziwne miny. Byli po prostu sobą, a ja świetnie się bawiłem fotografując ich. Tym sposobem, w dość krótkim czasie powstała seria zdjęć naprawdę zróżnicowanych. Mamy wszystko, wygłupy
i nieskrępowaną radość oraz bliskość i niemal namacalne uczucie. Dla fotografa po prostu bajka!

Gdy później przeglądałem materiał, który powstał podczas tej w sumie krótkiej sesji, wiedziałem, że mam nielichy orzech do zgryzienia. Problemem było to, że nie było zdjęć złych! Trzeba było jednak wybrać perełki. Miałem jednak szczęście, ponieważ Kamila z przesłanych do wglądu zdjęć wskazała te, które podobały im się najbardziej. Ja do tego dorzuciłem jeszcze swoich faworytów i mieliśmy komplet.

Ponieważ nic tak nie motywuje do ruszenia z obróbką jak świadomość wykonania świetnego materiału, zająłem się zdjęciami w trybie pilnym. Poza tym byłem bardzo ciekaw reakcji moich modeli. W obecnej chwili już od kilku dni cieszą się otrzymanymi zdjęciami i z duma mogę się pochwalić, że odzew z ich strony jest dla mnie dodatkowym ogromnym bonusem. Zresztą zdjęcia podobają się również ich bliskim i przyjaciołom. To jest coś co sprawia, że swoją pracę wykonuję naprawdę z wielką przyjemnością.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *