Bern.Art
Historia jednego zdjęcia

Train of consequences

Na początku miesiąca za pośrednictwem swojej strony w serwisie Facebook ogłosiłem mały konkurs. Do wygrania była sesja zdjęciowa, natomiast do zrobienia niewiele. Wystarczyło wybrać z mojej galerii swoje ulubione zdjęcie, a ja mam opisać na stronie historię jego powstania.

Tak się złożyło, że jedną z prac była grafika złożona ze zdjęć, ilustracja. To było jedno z pierwszych zgłoszeń jakie dostałem. Ponieważ praca jest moim zdaniem wyjątkowa (jak widać nie tylko moim) i prezentuje też inną, niefotograficzną stronę moich zamiłowań, postanowiłem opisać ją jako pierwszą.

Od kiedy mam styczność z komputerem, a później też z aparatem cyfrowym, moją uwagę przyciągały możliwości związane z grafiką. Zanim w moim życiu nastała era cyfrowa sporo rysowałem i chyba całkiem nieźle mi to szło. Będąc jednak fanem fantastyki, komiksów, plakatów filmowych i ilustracji związanych z fantastyką też chciałem robić podobne rzeczy. Musiało jednak minąć sporo czasu, a ja musiałem trochę się nauczyć zanim stało się to możliwe.

Zajmowałem się fotoedycją, co na naszym rynku jest rozumiane jako wyszukiwanie i dobieranie ilustracji lub zdjęć na potrzeby wydawnicze. Mieści się w tym też obróbka graficzna, jednak zwykle jest to sprawa grafików. Fotoedytor miał materiał pozyskać i już, na tym koniec. Zdarzyło się, że podjąłem współpracę z wydawnictwem, z którym nie po drodze było mi ideologicznie, za to zyskałem możliwość realizowania swoich pomysłów. W zakresie tematyki poruszanej przez wydawnictwo, rzecz jasna. Tutaj musiałem być fotoedytorem w pełnym zakresie. Co więcej, a spodobało mi się to wyjątkowo, bywałem też grafikiem. W ten sposób doszło do powstania tej ilustracji.

Jak wiadomo, jeśli nie możemy czegoś znaleźć lub pozyskać, najlepiej jest to zrobić samemu. W każdym razie, ja mam takie podejście. Podobnie było w tym przypadku. Artykuł, na którego otwarcie potrzebna była ilustracja dotyczył moralnego upadku ludzkości. Pojawiła się w nim wizja pociągu, którym jest ludzkość, zmierzającego w stronę przepaści. Wśród pasażerów część zdecydowała się zaufać i wysiąść. Dzięki temu mogą się cieszyć i tańczyć, ponieważ wybrali właściwie – zostali uratowani. Reszta, która zamierzała dalej brnąć w popełniane przez siebie błędy miała zostać zgubiona. Scenariusz mało optymistyczny.

Pociąg był moim punktem wyjścia. Cała reszta była już prosta. W każdym razie od strony koncepcyjnej. Pozostało jeszcze tylko znaleźć odpowiednie zdjęcia w serwisie Shutterstock, bo z niego korzystało wówczas wydawnictwo, i stworzyć odpowiednią ilustrację. Nie będę ukrywał, że w tym momencie stało się to dla mnie istotne bardziej niż wszystko inne. Cała reszta przygotowywanego aktualnie kolejnego numeru miesięcznika mogła leżeć i kwitnąć, ponieważ opętała mnie chęć i potrzeba skończenia tej pracy. Gdy wysłałem próbkę grafikowi odpowiedzialnemu wówczas za skład i łamanie magazynu (wybitnie zdolny ilustrator i grafik; niestety, nie mniej skromny), szybko otrzymałem odpowiedź w postaci słów uznania, ale też kilku wskazówek, z których oczywiście skorzystałem.

W sumie, po kilku godzinach pracy mogłem uznać dzieło za skończone. Napracowałem się, ale efekt końcowy był dla mnie bardziej niż satysfakcjonujący. Mówiąc wprost, wyżyłem się artystycznie. Ta ilustracja pochłonęła mnie całkowicie. A pełne oddanie się procesowi twórczemu jest stanem, który w swojej pracy po prostu uwielbiam.

Tytuł w tym przypadku jest w pełni trafiony, pochodzi z utworu jednej z moich ulubionych grup muzycznych.