Zdjęcie studyjne bez studia

Jak pisałem wcześniej, w czerwcu ogłosiłem w serwisie Facebook konkurs, w którym można było wygrać darmową sesję zdjęciową. Zasada była prosta, uczestnik wysyła mi link do zdjęcia w mojej galerii, które podoba mu się najbardziej,
a ja opisuję na stronie historię powstania danej fotografii. Co jednak najważniejsze, losuję zwycięzcę. I wylosowałem. Całkowicie uczciwie. Zanim jednak opiszę historię powstania zdjęcia, które w konkursie wygrało, chciałbym cofnąć się
w czasie do roku 2006.

To zdjęcie wraca jak bumerang. Okazuje się, że jest jednym z najbardziej lubianych w moim dorobku. Niejednokrotnie od pań, które zamawiały u mnie sesje zdjęciowe słyszałem: „Chciałabym takie zdjęcie jak to” – i tu wskazywały właśnie tę fotografię. Jako ciekawostkę dodam, że również dwie panie wskazały je jako ich ulubione. Tego zdjęcia jednak nie da się powtórzyć tak po prostu, niestety. To zdjęcie powstało w warunkach wyjątkowych, osobistych. Możemy powtórzyć pozę modelki, w jakimś stopniu fryzurę, a nawet stylizację. Nie odtworzymy jednak tej szczególnej atmosfery. Dlatego, zamiast kopiować istniejące już fotografie lepiej jest pracować nad nowymi, które będą zgodne z charakterem, osobowością czy samopoczuciem osoby pozującej.

Jak już wspomniałem, to był rok 2006. Jeśli dobrze pamiętam, końcówka sierpnia lub początki września. W każdym razie, bywało jeszcze ciepło. To był ten piękny czas, kiedy fotografia była dla mnie wciąż nowym terytorium, które wymagało eksploracji. Coś umiałem, coś wiedziałem, ale za mną było tak nie wiele, za to przede mną całe morze.
W tym pięknym okresie świetnie się bawiliśmy i uczyliśmy dzięki serwisowi Obiektywni, obecnie funkcjonującym pod adresem www.obiektywni.com.pl, gdzie owa fotografia pojawiła się po raz pierwszy zbierając naprawdę ogromną ilość punktów od oglądających (tak, w takich momentach żałuję, że wykasowałem stare portfolio). Żeby być bardziej precyzyjnym, nie dzięki serwisowi a jego użytkownikom, wśród których szybko zawiązywały się bliskie znajomości
a nawet przyjaźnie. Natomiast, liczby mnogiej użyłem, ponieważ bawiliśmy się tym wraz z moją małżonką, która będąc bezsilną w obliczu mojej fascynacji fotografią poddała się roli mojej modelki. Nie oszukujmy się, nie bez satysfakcji – jak by nie było, pozowała przed obiektywem fotografa może nie doświadczonego, ale na pewno obdarzonego talentem. Ponieważ sama też coraz chętniej chwytała aparat fotograficzny, ja również odczułem jak to jest stanąć oko w oko ze szkłem. Zabawa była przednia.

Weekend był piękny, nasza niespełna dwuletnia córka przesypiała spory kawałek dnia, więc mieliśmy czas. Ja natomiast dysponowałem wtedy czymś, co było dla mnie magiczną różdżką w świecie fotografii cyfrowej. To było jak portal do zupełnie innego świata.

Świata, w którym w wizjerze nie widać jak zmienia się wygląd zdjęcia po zmianie ustawień ekspozycji!

Mój magiczny zestaw, którego użytkownikiem byłem od zaledwie trzech miesięcy składał się z lustrzanki cyfrowej Olympus E-500 oraz dwóch obiektywów: Zuiko Digital 14-45/3,5-5,6 i Zuiko Digital 40-150/3,5-4,5. O ile pierwszy nie robi żadnego wrażenia, o tyle drugi – uwierzcie na słowo – był fenomenem na rynku obiektywów amatorskich.
Po prostu nie było innego tego typu szkła z tak dobrymi parametrami i taką jakością optyki. Przypuszczam, że do tej pory będzie można znaleźć użytkowników tego instrumentu, którzy zachwycają się jego walorami. Sprzęt ten działa do dnia dzisiejszego, od lat jednak spoczywa w szufladzie i choćby nie wiem co, nie sprzedam, nawet nie próbujcie się dowiadywać.

Jako zapalony fotograf zdobywający nową wiedzę byłem mocno zafascynowany różnego rodzaju zdjęciami studyjnymi. Wiecie, gładkie tło, ładne światło i to pytanie, jak oni to robią? Nie miałem studia, nie miałem sprzętu oświetleniowego (litości, E-500 był dla mnie super sprzętem!), ale miałem chęci i pomysł. Miałem też piękną osobistą modelkę chętną do współpracy i to co w fotografii najważniejsze – światło! Żeby korzystanie z niego było komfortowe, użyliśmy stołu przeniesionego z kuchni, na i przy którym pozowała moja żona-modelka. Stół ustawiony był dosłownie na progu drzwi balkonowych. W tle natomiast ciemnym kolorem zagrała biała ściana naszego jeszcze nie w pełni umeblowanego mieszkania, do której światło wpadające z zewnątrz nie docierało. Co w przypadku tej sesji i tego zdjęcia było bardzo ważne, późnym popołudniem, gdy słońce zeszło niżej, światło było idealne, miękkie. Dodatkowo, usytuowanie balkonu we wnęce powodowało, że było ono odbijane przez jasne (chyba żółtawe, ale dzisiaj tego już nikt nie dostrzeże) ściany budynku, dzięki czemu zostało jeszcze bardziej zmiękczone, a zdjęcie zyskało ciepłą kolorystykę. Całą sesję wykonałem wspomnianym wcześniej Zuiko Digital 40-150/3,5-4,5. Trzeba było trochę się pogimnastykować. Jak by nie było, jest to teleobiektyw – ekwiwalent ogniskowych dla matrycy 35mm wynosi 80-300 mm. Warto było jednak włożyć każdy wysiłek w wykonanie tych zdjęć.

W sumie bawiliśmy się w ten sposób dwa dni z rzędu. Powstało naprawdę sporo bardzo fajnych zdjęć, z których jestem zadowolony do tej pory, mimo upływu lat. Zresztą, jeśli ktoś wskazuje zdjęcie z tej serii jako najlepsze w moim dorobku, to chyba o czymś świadczy. Od strony fotograficznej natomiast była to bardzo cenna nauka. Okazało się, że można zrobić ładne, ciekawe, estetyczne zdjęcia bez posiadania studia fotograficznego. Może inaczej, my to studio po prostu sobie stworzyliśmy. Mieliśmy przestrzeń i naturalne światło, z których można było swobodnie korzystać. Tak więc, jeśli ktoś z Was zastanawia się czy można zrobić fajne zdjęcia w warunkach domowych, odpowiadam z czystym sumieniem – tak, można, a nawet trzeba!