Plener poślubny na wczoraj


Zdarzyło się już kiedyś, że zgłosiła się do mnie para młoda dosłownie miesiąc przed ślubem. Zupełnie nagle
i niespodziewanie dotarło do nich, że mają przygotowane wszystko, nie zapewnili sobie jednak obsługi fotograficznej. Ten wynik został w tym roku pobity. Za pośrednictwem serwisu Wedding.pl, w którym można znaleźć moją ofertę otrzymałem wiadomość z pytaniem o sesję plenerową. Bardzo szybko korespondencja zmieniła formę na rozmowę telefoniczną. Okazało się, że para zainteresowana moimi usługami pobrała się już jakiś czas temu, natomiast sesję poślubną chcieliby zrealizować za tydzień. Dosłownie. Krótko, zwięźle
i bardzo konkretnie. Za tydzień. Przyznacie chyba, że to dość krótki termin, prawda?

Szybkie spojrzenie w kalendarz, stwierdzenie braku planów w tym konkretnym terminie i wszystko zostało uzgodnione. Zwykle spotykam się z parami młodymi przed wykonaniem dla nich zdjęć. Uważam to za niezbędny element mojej pracy. Biorąc na siebie odpowiedzialne zadanie stworzenie pamiątki ślubnej muszę mieć możliwość poznania nowożeńców oraz ich oczekiwań. Dowiedzenia się jak najwięcej na temat ich zainteresowań, potrzeb w zakresie mojej pracy oraz poznania ich charakterów przynajmniej w minimalnym stopniu. Z drugiej strony, to samo dotyczy nowożeńców. Muszą wiedzieć z kim będą mieli do czynienia przez kilka czy kilkanaście godzin, czy jest to człowiek kontaktowy, jakie ma podejście do pracy itd. Już na tym etapie musi powstać relacja pomiędzy fotografem i młodą parą, żeby praca przebiegała bezproblemowo
i przyjemnie dla obydwu stron. W tym przypadku niestety takiej możliwości nie było. Jednak, od razu trzeba to powiedzieć, w żaden sposób nam to nie zaszkodziło. O tym jednak później.

Moja para nie tylko miała już określony termin, ale też miejsce, w którym chcieli zrealizować zdjęcia. Wybrali teren wokół Cytadeli Warszawskiej, część od strony Żoliborza. Jest to przestrzeń w równym stopniu urokliwa, co zaniedbana. I cieszy się sporą popularnością wśród warszawiaków.

Na miejscu spotkaliśmy się późnym popołudniem. Jak się domyślacie, znalezienie pary ubranej w stroje z dnia ślubu nie stanowi większego problemu. Tak więc po krótkiej chwili od zaparkowania samochodu ukazali się… Krzysztof, bardzo wysoki, dostojny, poważny, od razu skojarzył mi się z brytyjskim lordem. Sylwia, dużo niższa, drobnej budowy blondynka, bez kłopotu mogłaby schować się za swoim mężem jak za obronnym murem.
I tak właśnie wyglądali. Ona, drobna i słaba, on, silny obrońca.

Ponieważ wcześniej nie było takiej możliwości, poświęciliśmy kilka minut na szybkie poznanie siebie nawzajem i rozmowę, po czym szybko przeszliśmy do działania. W takich sytuacjach, gdy pierwsze spotkanie ma miejsce chwilę przed sesją, potrzeba trochę czasu na rozgrzewkę. Od początku jednak pracuję z pełnym zaangażowaniem, jakby te kadry miały być jedynymi jakie wykonam w trakcie danej sesji. Tutaj od razu wiedziałem, że będzie dobrze. Obydwoje spokojni, ale bardzo fotogeniczni. Nie starali się robić nic na siłę, byli ze sobą i dla siebie, czyli tak jak być powinno. Co od razu rzuciło się w oczy i sami też przyznali, uwielbiają być blisko siebie, przytulać się. Żadnego aktorstwa, prawdziwe uczucie wyraźnie widoczne w gestach oraz spojrzeniach. Nie zmyliło mnie pierwsze wrażenie. Krzysztof jest obrońcą swojej niewiasty.

Sesja przebiegała spokojnie. Początkowo pogoda postraszyła mocno świecącym słońcem, choć rano było skromnie schowane za chmurami, co mi akurat bardzo odpowiadało. Pora była jednak mocno popołudniowa, więc światło szybko złagodniało. Rozmawiało nam się coraz swobodniej i coraz przyjemniej, moja para
z każdą kolejną serią zdjęć czuła się coraz bardziej swobodnie. Wszystkie zdjęcia wykonaliśmy na terenie cytadeli, przemieszczając się zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Tu ceglany mur, tam płacząca wierzba, gdzieś po drodze schody, aż dotarliśmy do charakterystycznego mostku z czerwonej cegły. Ta część parku była ostatnim punktem na mapie naszej sesji. I choć całą uznaję za bardzo udaną, nie będę ukrywał, że właśnie na tym końcowym etapie, w tamtym miejscu powstały najfajniejsze kadry. 

Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, gdy robi się najfajniej trzeba się pożegnać. Nie przesadzę, jeśli powiem, że mógłbym z tymi ludźmi spędzić jeszcze kilka godzin. Bardzo otwarci, sympatyczni, pozytywni.
Ten typ, z którym człowiek się czuje jak ze starym, dobrym znajomym. Efekt więc był taki, że mimo niemałego wysiłku jaki trzeba włożyć podczas pracy, do domu wróciłem z bateriami naładowanymi do pełna. I całym mnóstwem świetnych zdjęć, z których kilka możecie zobaczyć w galerii.