Pierwsza para

Pierwsza ślubna sesja plenerowa w Warszawie

Nie wiem jak Wy, ja zawsze z ciekawością czytam historie typu „Jak to się zaczęło”. Zwykle są to ciekawe opowieści o bardzo niepozornych początkach wielkich przygód.

Bądźmy szczerzy, gdy całkowicie zapadłem na chorobę zwaną fotografią nie myślałem o ślubach. Owszem, raz zdarzyło mi się w rodzinie popełnić takie zdjęcia, natomiast raczej nie wiązałem z tym swojej przyszłości. Najwyraźniej jednak każdego kto planuje zająć się fotografią zawodowo czeka zderzenie z tą tematyką.
Fotografia, szczególnie ślubna jest ciężkim kawałkiem chleba. Potocznie mówi się, że fotograf ślubny ma prostą i przyjemną pracę. Usłyszałem kiedyś podczas pracy: tu pstrykniesz fotkę, tam pstrykniesz i luz, zero stresu. Nic bardziej mylnego. Uwierzcie lub nie, ale żaden szanujący się fotograf nie podchodzi w ten sposób do swojej pracy. Tak, to jest przyjemne, ponieważ robimy to co lubimy. Jednocześnie jednak jest to zawód naprawdę wymagający i ciężki. A stresu w tym jest akurat ogrom i trzeba umieć sobie z nim radzić.

Jak to jednak mówią, do brzegu. Ola i Filip trafili do mnie przez naszego wspólnego znajomego. Był taki czas, gdy publikowałem swoje zdjęcia w serwisie Obiektywni, obecnie znajdującym się pod adresem www.obiektywni.com.pl. Mój profil znajduje się tam do dnia dzisiejszego, jednak, niestety, nie ma tam już tego co publikowałem od samego początku. Rzeczą w tej społeczności wyjątkową były rozmowy o zdjęciach i fotografii. Drugą, fajne znajomości jakie można było zawrzeć. Tam też poznałem Wojtka (tak, wiem, mamy zaległości), który najwyraźniej docenił moje starania, ponieważ słysząc, że chcę zająć się fotografią zawodowo polecił mnie swoim znajomym – Oli i Filipowi, gdy ci planowali swoje zaślubiny a w związku z tym też sesję zdjęciową. Wygląda na to, że Ola i Filip też docenili moją dotychczasową pracę, ponieważ zdecydowali się skorzystać z moich usług. A może skusiła ich cena? W sumie, ja wtedy naprawdę nie myślałem o fotografii ślubnej. Co by nie było, spotkaliśmy się, ustaliliśmy niezbędne szczegóły i kilka miesięcy później mieliśmy się spotkać w celu wykonania dwudniowej sesji plenerowej. Zdziwieni? Tak, dwa dni pleneru. Takie rzeczy też robię i uwierzcie, że to nie jest szczyt moich kaskaderskich możliwości.

Z Olą i Filipem bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu. Chcieli mieć fajne, naturalne zdjęcia, a ja bardzo chciałem zrobić dla nich najlepsze na co było mnie stać. Sprzętowo było cienko, Olympus E-500 w zestawie z dwoma podstawowymi obiektywami Zuiko Digital 14-45/3,5-5,6 oraz 40-150/3,5-4,5 uzupełniony o lampę Metz 48 AF-1. Bieda, gołym okiem widać. Za tym jednak stały potężny zapał, pomysłowość, bystre oko i mimo krótkiego stażu spory kawałek wiedzy i umiejętności. A przede wszystkim staranność, skupienie i zaangażowanie. Czyli wszystko to co w pracy fotografa jest najważniejsze.

W ramach przystawki był ślub. Cywilny, więc krótki, trzeba było się uwijać. To był piątek. Później czekały nas dwa dni pracy w kilku różnych lokalizacjach w Warszawie. Po tak długim czasie ciężko przypomnieć sobie wszystko, ale zdjęcia robiliśmy między innymi na moście Gdańskim, na plaży La Playa, na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej, na Starówce oraz na stacji metra. W tym ostatnim przypadku było niemiło. Strażnik zwrócił nam uwagę w dość nieprzyjemny sposób, tym samym też odebrał chęć przebywania w tym miejscu. Zabraliśmy więc zabawki i zmieniliśmy lokalizację.

Taki maraton daje w kość. Nie wiem kto bardziej to odczuł, stawiam jednak, że nowożeńcy. To był początek sierpnia i mieliśmy fantastyczną pogodę.
W każdym razie, gdybyśmy chcieli wypoczywać gdzieś nad wodą. Pierwszego dnia sesji po południu i wieczorem było gorąco, ale znośnie. Nazajutrz jednak słońce dość mocno dało nam się we znaki, a później zaczęło się straszenie burzą. Mieliśmy jednak silne wsparcie, ponieważ zarówno pierwszego jak i drugiego dnia towarzyszył nam wspomniany wcześniej Wojtek oraz jego niezrównane poczucie humoru.

Spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Rozmowy, żarty, praca, to wszystko przeplatało się ze sobą. Sesja przebiegała w sposób, który stał się dla mnie charakterystyczny, w atmosferze absolutnie swobodnej i maksymalnie komfortowej dla młodej pary. Jestem fotografem, nie dyrygentem. Zamiast mówić im co mają robić po prostu robiłem zdjęcia, gdy oni byli ze sobą i dla siebie. Dzięki temu mamy wspaniałą pamiątkę – oni ze ślubu, a ja ze swojego debiutu w fotografii ślubnej. Dodatkowym dowodem ich satysfakcji jest dla mnie fakt, że wciąż jesteśmy w kontakcie ze sobą. Spotykaliśmy się towarzysko, Ola jako wizażystka pracowała ze mną przy sesji dla magazynu Ślub Marzeń, zrealizowaliśmy też sesję indywidualną dla niej.

Każda para jest inna, całkowicie szczerze – z każdą pracowało mi się fajnie. Tę dwójkę z pewnością jednak zapamiętam do końca życia. To były absolutnie szalone, wybitnie kreatywne, choć nie lekkie dni. A zdjęcia? Do tej pory miło na nie popatrzeć.

Sesja na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie